poniedziałek, 29 czerwca 2009

czwartek, 25 czerwca 2009

Brave we Wro

Od 3 do 11 lipca we Wrocławiu po raz kolejny obdędzie się Brave. Festiwal jakiego nie ma u nas nigdzie indziej. Wart uwagi, choćby dlatego, że czytając line-up kojarzymy jedynie nazwy krajów. Nie będę się ropisywać, bo piszą o sobie sami. Na stronce głównej i na blogu, na którym na żywo pojawiają się informacje na temat postępów organizacyjnych, i mam nadzieję - również wydarzeń festiwalowcyh.  


Ja nie będę się mogła pojawić na Brave w tym roku. Tak, wiem...znów. Kiedyś sie uda. Na razie kibicuję ze ściany wschodniej (w tym roku reprezentowanej przez dziewczyny ze Szkoły Muzyki Tradycyjnej) , trzymam kciuki i czytam njusy. 

niedziela, 14 czerwca 2009

...

Przerwa miała być krótka i jak zwykle nieco się rozciągnęła. Ale za niecałe 12 godzin skończą się wszelkie szkolne wymówki, przynajmniej do października, bo oto jutro, ranną porą mam obronę pracy magisterskiej. oh pardon - to się zdaje nazywa inaczej - egazmin magisterski. Dużo było perturbacji, jak to zwykle na MISHu, ale zacięłam zęby, ubłagałam parę pań w paru dziekanatach i termin jutrzejszy staje się coraz bardziej realny. 

Tylko jakoś się uczyć nie idzie, bo tęsknota skręca kiszki, 
głowę i serce...

sobota, 23 maja 2009

wielkie małe instrumenty



W ferworze przedczerwcowych przygotowań wyrwałam się ze znajomymi na koncert w ramach I Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej Kody.  Przede wszytskim samemu festiwalowi i organizatorom (pomysłodawcom?) należy się wileki szacun. Bo to w naszym kochanym Lublinie, możemy być świadkami wydarzeń muzycznych na światowym poziomie, wydarzeń inspirujących, pouczających i po prostu ważnych. Nie będę się rozpisywać na temat samej idei festiwalu ani o zaproszonych arystach i projektach. To wszytsko do wyczytania na ich stronie, czy majspejsie (tu i tu warto wejść).

Chciałabym jednak dwa słówka więcej o koncercie - spektaklu, który odbył się wczoraj wieczorem na wirydażu klasztoru o.o. Dominikanów w Lublinie właśnie. Wysąpiły Małe Instrumenty z projektem Elektrownia Dźwięku. 

Kto zna, ten wie, kto nie zna ten w swoim czasie usłyszy i sam się zachwyci. Grupa składa się z sześciu muzyków grających na zabawkach, miniaturowych instrumentach, pompkach od roweru, i całym mnóstwie przedmiotów i przedmiocików, których widz nawet nie jest w stanie wypatrzeć. 

Zadebiutowali w 2007 na Festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, gdzie grali na żywo do filmów Antonisza (wszytsko do znalezienia na nieocenionym youtubie, lub pod tym zdaniem). Lepszych flapperów naprawę dla Mistrza od Jamniczka nie ma na świecie. Miałam okazję być na tamtym pokazie i podobnie jak cała publiczność zostałam zupełnie oczarowana i porwana w wir szaleństwa i radości jaki wytwarzają Małe Instrumenty. 

No a teraz przyjechali do Lublina z najnowszym projektem Elektrownia Dźwięku. Na scenie oprócz zabaweczek - pisząc 'zabaweczki' zastanawiam się czy to nie jest krzywdzące, bo w rękach zespołu to po prostu są regularne instrumenty, tyle że w małych rozmiarach - tak więc oprócz nich pojawiły się się wielkie konstrukcje dźwiękotwórcze. Aż ciężko je opisywać, dlatego wklejam filmik, który uchyla rąbka tajemnicy. Trwa parę minut, ale jest świadectwem zdrowego szaleństwa, więc warto.



Spektakl był fenomenalny. Wytworzyła się absolutnie magiczna atmosfera baśni. Siedzieliśmy na klasztornym wirydażu, który jest w trakcie remontu, więc pełen jest betoniarek, starych żeliwnych wanien, w których miesza się zaprawę, czy trzyma piasek, stoją jakieś szczątkowe rusztowania. Pada deszcz, a raczej popaduje, bo trzeba deszczowi przyznać, że odpuścił na czas przedstawienia. Zaczyna się opowiadanie o Elektrowni Dźwięku, w której światło wytwarza się z dźwięku, a która stoi na progu upadku, ale wciąż zostało w niej kilku wiernych, oddanych pracowników... Siedzieliśmy wszyscy absolutnie wciągnięci w to co działo się na scenie, otwierając buzie jak małe dzieci, z zachwytu nad kolejnymi pomysłami na dźwięki. To był cudowny majstersztyk! Ukłony dla Zespołu, ukłony dla tych, którzy wymyślili, żeby Małe Instrumenty ściągnąć do Lublina.

czwartek, 21 maja 2009

Lu is a foodie, no doubt!

Panie, Panowie!
Ta chwila w końcu nadeszła. W przypływie impulsu założyłam bloga, który chodził mi po głowie od dawna. Na razie jest skromnie, bo wciąż piszę, ale z czasem....ech, aż sama nie mogę się doczekać. Lu is a foody. Zapraszam do czytania i zostawiania (jak to napisał kiedyś pewien pan) tysięcy komentarzy :)!


Poprawiłam niedziałający link. dzięki za cynk!

piątek, 15 maja 2009

Patek Philippe, c.d.

Siedzę i piszę. Opatentowałam system wzmagania skupienia, zwany potocznie zasłonami. Działa. Ludzie mają różnie, a ja ja jestem jak sie okazuje z tymch, których nadmiar bodźców mocno i skutecznie rozprasza. Anyway. Przekopywałam oficjalną stronę Patka (która notabene doprowadza mnie do szalu!) i natrafiłam na kolejny filmik.




Co ciekawe, wszytskie ich filmy są baaaardzo wolne, spokojne, a ich dlugość wykracza poza czas potencjalnego skupienia przeciętnego zjadacza obrazów ruchomych. No ale w sumie odbiorcy Patka, to dość wąska grupa Ziemian i oni prawdopodobnie żyją wolniej i spokojniej. Poza tym zegarmistrzowska cierpliwość na coś musi się przekładać. Na koniec jeszcze jedna, filmowa uwaga: okazuje się, że można oglądanie albumu przerobić na scenariusz...do pomyślenia :)

środa, 22 kwietnia 2009

Jedz, módl się i kochaj.

Dwa dni temu Sis przywiozła mi książkę. Wpadła tylko na moment, więc nie zdążyłyśmy się nagadać, co odczułam tym bardziej, że spędzam właśnie samotny tydzień z koputerem i moją wiekopomną pracą o Patku. Jak łatwo można się domyślić jest to czas w którym samotność jest dokładnie tym czego potrzeba, ale są momenty w których chętnie odrywa się myśli od poważnych zagadnień komunikowania treści społecznych i technik złotniczych. 

Sis wpadła, wypadła i zostawiła książkę. Niewiele myśląc, mając zwoje przegrzane i myśli błądzące, otworzyłam ją i zaczęłam czytać. A może raczej chłonąć czy pożerac...
Nie czytajac recenzji na okładce, nie wiedząc czego się spodziewać dałam się porwać autorce w roczną podróż przez 3 kraje, podróż na dno i o wiele wyżej, do "środka wnętrza" i z powrotem. I było mi w tej podróży bardzo dobrze, mój umysł poszybował w kilku nowych kierunkach, odpoczął i wpadł na kilka nowych odświeżających pomysłów. Byłam wręcz zachwycona.

Kiedy tylko skończyłam książkę czytać obejrzałam sobie okładkę, z której dowiedziałam się że książka jest bestsellerem NYT, a także że "polubiły ją Oprah, Hillary Clinton i Meg Ryan"... I muszę przyznać że trochę opadły mi ręce. Pomyślałam, że skoro kobieta dzieli się swoimi bardzo intymnymi przeżyciami, że skoro jest to isnpirujące itd, to taka reklama jakoś po prostu "nie przystoi" tej książce. Zaraz potem przyszło mi do głowy, że skoro właśnie inspiruje, to dlaczego ma nie dotrzeć do jak największej grupy ludzi. Whatever the means are... Może jest właśnie tak, choć przyznaję że fakt rozległej promocji i medialnego wszędobylstwa zmienił trochę moje podejście do tej książki. Ale czy rzeczywiście musi być tak, że to co "dobre" jest nieskalane medialnym szumem, który wielu utożsamia z natychmiastowym wypłukaniem ze wszelkich wartości jakie dany produkt może ze sobą nieść? 
Zastanawiam się dalej. Bohaterka i autorka, bo książka jak chcę wierzyć jest autobiograficzna, jest wziętą pisarką zameldowaną w Nowym Jorku, co stawia ją w jednym rzędzie z popkulturowymi czy też medio.kulturowymi bohaterkami ostatniego dwudziestolecia: dziewczynami około 30stki, odnoszącymi zawodowy, głównie medialny sukces w Wielkim Mieście (żeby nie być gołosłowną, oczywiście, Carrie B.). W samej książce nie brak nieco banalnych wątków i innych oczywistych oczywistości.

Myślę o tym wszytskim i tylko jedno nasuwa mi się coraz uporczywiej: przecież czytając tę książkę odczuwałam przyjemność. Dzięki niej spojrzałam na kilka spraw z innej perspektywy i wydały się one o wiele prostsze. Co więcej, czuję się na nowo zainspirowana do działania i mam dużo nowej nadziei. No a po to też czyta się książki, prawda?
Dltatego spokojnie polecam ją wszytskim dziewczynom, jeśli mają tylko kilka wolnych wieczorów, kawowych poranków, czy przerw w praniu. Dziewczynom? Jednak tak, choć będę mile zaskoczona męską-pozytywną opinią na temat tej książki. Bon Voyage!

Blog Widget by LinkWithin